Jak dobrze być poza zasięgiem

Bycie poza zasięgiem to lekcja uważności. Lekcja bycia tu i teraz. Ale to także niepokój, że oto omija nas coś bardzo ważnego. Moją lekcję wyłączania się z bycia w kontakcie najsilniej doceniam w podróży, a roaming uważam za zło konieczne.

Często powtarzam, że chodzę do pracy do internetu. Ponad 10 lat na ciągłym standby’u robi swoje. Kilka lat temu odnalazłam ogromną pasję, którą są góry. Kiedy dziś z perspektywy czasu zastanawiam się nad tym dlaczego właśnie góry, bo przecież w nich się wychowałam i nie były jakąś moją wielką miłością, to myślę sobie, że to właśnie wyłączenie się, które one mi dają, jest dla mnie tak cenne. Ale czy na pewno góry dają wyłączenie się? Wszystko jak się okazuje zależy od naszych chęci…

Jak to nie ma wifi?!

Kilkudniowe detoksy internetowe na Kaukazie, w Atlasie Wysokim czy Tatrach, to nic przy tym, czego nauczył mnie Dach Afryki. Decyzję o wyjeździe na Kilimandżaro podjęłam bardzo szybko, chociaż to było wieloletnie marzenie. Ale nie chcę tutaj pisać o samej górze i trudzie wyprawy, tylko właśnie o wyłączaniu się z bycia w ciągłym zasięgu. Wyłączaniu się, by zobaczyć, że obok są… ludzie.

To w jaki sposób korzystamy z internetu w różnych częściach świata, zawsze wzbudzało moją ciekawość. Zabawne są dla mnie sytuacje, w których ktoś jedzie na wakacje all inclusive i spędza większość dnia siedząc na podłodze w kącie korytarza hotelowego, bo… tylko tam jest wifi. Sama jeśli podróżuję, to wychodzę z założenia, że nielimitowany internet w hotelu to standard. Ale nie internet w namiocie. Nie na Kilimandżaro. I nie internet w czasie podróży, by na bieżąco ją relacjonować, a przez to nie dostrzegać gdzie tak naprawdę się aktualnie przebywa. Gdzie te czasy powrotu z podróży i opowieści okraszonej pokazywaniem zdjęć zaskoczonej rodzinie i znajomym. – A tak, widziałem na Facebooku – słyszymy dzisiaj.

Jadąc na Kili byłam nastawiona na brak internetu, ale też brak zasięgu. Od pierwszego dnia za to nie mogłam się nadziwić jak można iść przez piękny równikowy las tropikalny i szukać zasięgu, sprawdzać pocztę firmową na BlackBerry i chcieć przenosić się do nerwowych sytuacji, na które w tamtych okolicznościach i tak nie mieliśmy żadnego wpływu.

DSC_0092

Wifi w piramidzie potrzeb

W mojej piramidzie potrzeb na Kilimandżaro wifi i zasięg zostały wyprzedzone chociażby przez prąd. Ale byłam zapobiegawcza i miałam ze sobą power bank, który wystarczył na ładowanie iPhone’a do codziennego słuchania muzyki, robienia zdjęć i nagrywania filmików. I to była moja jedyna technologiczna potrzeba. No jeszcze lustrzanka, do której zabrałam na zapas kilka akumulatorów. A na dobranoc usypiająca muzyka, by chociaż na kilka godzin zasnąć, kiedy jeszcze było to możliwe. Ale pełne radości były również momenty, kiedy mogłam jednemu z naszych przewodników, Piterowi, który uczył mnie całą drogę suahilii, włączyć Metallicę i zobaczyć jego radość. Wszystko to jednak, choć technologiczne, nie wymagało bycia w zasięgu. Było po prostu urządzeniem umilającym daną chwilę.

O byciu w zasięgu chciałam w ogóle zapomnieć. Pragnęłam wyłączyć się całkowicie i poczuć, że to jest czas, kiedy nikt nie może tak po prostu, bez pytania, zakłócić mojego spokoju. Ostatnie takie marzenie miałam w Gruzji, ale SMS o 22, w ciemnym namiocie, bezlitośnie je przerwał. Oto w środku niczego nadal mogłam być dostępna, nadal w zasięgu ręki. Zresztą historię o Gruzji i tej pamiętnej nocy opowiadałam na TEDx Lublin i możesz jej posłuchać, jeśli Cię to interesuje.

Na Kilimandżaro nie było to już możliwe. Tanzańczycy mieli sieć, szef naszej wyprawy – Hamadi – nawet kilka razy zatrzymywał się na rozmowy telefoniczne na szlaku, ale nikt z nich nie szedł z pochyloną głową nad ekranem smartfona. Kilku tragarzy miało co najwyżej radio przewieszone przez ramię i słuchali muzyki niczym grupka młodych ludzi w metrze. Trzeba jednak przyznać, że telefony komórkowe są ważnym elementem życia w Tanzanii. Reklamy jedynej sieci komórkowej są wszędzie, a sami mieszkańcy też coraz częściej wolne chwilę spędzają w towarzystwie elektronicznego ekranu.

11025173_10203644549823003_930513318515786680_n

Czy jest zasięg?!

Mimo wszystko pytanie o zasięg padało w każdym obozie kilkadziesiąt razy. Sama jednego SMS-a wysyłałam chyba przez trzy dni, ale miałam wrażenie, że jestem jedyną osobą, która świadomie chcę odłączyć się od bycia w kontakcie. Także od poczucia bycia w kontakcie, czyli tej zwykłej myśli, że oto jest zasięg i można znowu być w kilku miejscach jednocześnie.

Mieszkańcy Tanzanii dobrze wiedzą jak być w kontakcie. Liberate, górski przewodnik, którego poznałam na szlaku, dał mi magnes, na którym wpisał wszystkie możliwe namiary. Email, Skype, Facebook – bardzo proszę. Ich internetowa rzeczywistość jest jednak inna od tej europejskiej i widzę jak wiele na tym tracimy.

W górskich schroniskach w Polsce, ale także w bazie pod Everestem, tablety, komputery i smartfony to standard. Nowe technologie i pragnienie bycia w kilku miejscach jednocześnie bezlitośnie wkradają się w naszą codzienność. Także w te miejsca, które były miejscem ucieczki od zgiełku wielkiego miasta i codzienności.

DSC_0900

Skazani na siebie

Na szczęście na Kili zasięg, choć był mocno poszukiwany, to przypominał samą górę. – Kili is shy – mawiają Tanzańczycy. Bo najwyższy szczyt Afryki często chowa się za chmurami. I właśnie ten wymuszony na niektórych brak zasięgu sprawił, że jako grupa byliśmy poniekąd na siebie skazani. Dzięki temu na czas wyprawy stworzyliśmy naprawdę zgraną grupę. Przez te sześć dni staliśmy się prawdziwą drużyną.

Wspieraliśmy się w chwilach słabości – fizycznych i psychicznych, choć jeszcze kilka dni wcześniej byliśmy dla siebie zupełnie obcymi ludźmi. W mesie, przy posiłkach, siedzieliśmy czasami jak w poczekalni na ostrym dyżurze. Kto i co łyka, a czego lepiej nie brać to codzienny obowiązkowy temat. Panowie parzyli nam herbatę, podawali posiłki, wzajemnym życzliwościom, ale też żartom i rozmowom o życiu nie było końca. Wymienialiśmy się tabletkami, plastrami, częstowaliśmy energetycznymi cukierkami. Takie tam górskie rarytasy. Bez wifi, bez zasięgu. Ze sobą i dla siebie.

DSC_0117

Nasza tanzańska ekipa, przewodnicy i tragarze (wejście do Parku Kilimandżaro możliwe jest tylko w zorganizowanej wyprawie), co prawda była w pracy i była przez nas opłacona, ale to z jakim sercem na dłoni spotkaliśmy się z ich strony było wzruszające. Wierzę, że ich postawa nie była żaden sposób podyktowana poczuciem obowiązku wynikającym z pracy. Autentyczna pomoc, życzliwość, wrażliwość na drugiego człowieka.

Do dziś mam przed oczami momenty kiedy w czasie ataku szczytowego ktoś podaje mi gorącą herbatę, albo rurkę camel baga, kiedy jestem tak słaba, że nawet nie mam siły po nią sięgnąć. Wspierali nas Tanzańczycy, ale sami też byliśmy dla siebie wielkim oparciem. Z całą uważnością, na którą zasługuje drugi człowiek w naszym towarzystwie. Bez rozmów z de facto nieobecnymi. Bez złudzenia, że można być w kilku miejscach jednocześnie. Nie można.

DSC_0736

DSC_0453

DSC_0685

11043111_10203644538102710_3327086159774480376_n

11034419_10203644562303315_2447010734449519587_o

10996808_10203644592144061_7624609144865857300_o

11043389_10203644561823303_1546815906947046970_o

10996267_10203703994309078_5808409233118873363_n

1957841_961453290555968_5358390789263481384_o

A Ty, jak często się wyłączasz…?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *